• Wpisów:12
  • Średnio co: 188 dni
  • Ostatni wpis:6 lata temu, 13:54
  • Licznik odwiedzin:24 982 / 2453 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Liczne memoriały, mecze sparingowe i turnieje towarzyskie oznaczają tylko jedno - wielkimi krokami zbliża się sezon ligowy. Przedsmakiem tego wydarzenia był rozegrany wczoraj mecz o Superpuchar Polski. "Debiut" trofeum może okazać się zarazem ostatnim tego typu spotkaniem rozegranym na wysokim poziomie.


Zgodnie z wytycznymi Europejskiej Federacji Piłki Siatkowej, zdobycie Pucharu nie będzie dawało przepustki do rozgrywek Ligi Mistrzów. Nic więc dziwnego, że zespoły skoncetrują się na meczach ligowych. Silniejsze drużyny, które rozgrywają również wiele spotkań w Europejskich Pucharach albo zrezygnują z udziału w rozgrywkach Pucharu Polski, albo potraktują je jako trening dla rezerwowych zawodników.

Niemniej jednak, wczorajszy mecz można śmiało potraktować jako sprawdzian przed zbliżającym się sezonem. Obronną ręką wyszła z niego PGE Skra Bełchatów, wygrywając z Asseco Resovią Rzeszów 3.

Oba zespoły zaprezentowały jednak nierówną grę, co wynikało przede wszystkim z braku zgrania zawodników.

Początek meczu napawał mnie niepokojem - na parkiecie nie pojawili się nowi zawodnicy Skry, w tym rozgrywający Dejan Vincić. Mogliśmy natomiast zobaczyć Mariusza Wlazłego na pozycji przyjmującego. Do połowy pierwszego seta, Skra nie prezentowała się najlepiej. Z czasem jednak, zawodnicy popełniali coraz mniej błędów, a Mariusz pokazał, że zmiana pozycji była strzałem w dziesiątkę. Choć mecz o Superpuchar można uznać za spotkanie sparingowe, to cieszy trzysetowe zwycięstwo. Oznacza ono, iż pomimo trzęsienia ziemi w składzie zespołu, drużyna wciąż jest w stanie walczyć o najwyższe cele.

Oczywiście, wiele elementów wymaga poprawy. Zawodnicy prezentowali niską skuteczność i popełniali wiele niewymuszonych błędów - przede wszystkim w polu zagrywki. Nadal mam duże wątpliwości co do rozegrania. Gra dwóch równorzędnych rozgrywających może się jednak okazać bardzo przydatna - trudno będzie odczytać taktykę zespołu.

Na koniec, należy podreślić, iż Mariusz Wlazły w pełni zasłużył na tytuł MVP. Pokazał jak bardzo uniwersalnym jest zawodnikiem.

Muszę wspomnieć również o pięknej hali w Częstochowie. Niestety nie udało mi się zdobyć biletów na to spotkanie, ale liczę, iż zobaczę ją w najbliższym czasie. Na pocieszenie: karnet na Ligę Mistrzów zakupiony!


Zdjęcia:
1) www.czestochowa.pl,
2) www.s-w-o.pl.
 

 
Od zakończenia rozgrywek Ligi Światowej cała Polska i wielu światowych specjalistów stawiało na naszą reprezentację jako faworyta Igrzysk Olimpijskich. Inni przestrzegali przed hurraopytymizem i wskazywali, iż forma prezentowana przez siatkarzy w Lidze Światowej może nie powtórzyć się w Londynie.

Oczekiwania wobec polskich siatkarzy rosły z dnia na dzień. Niemniej jednak, nie popełnili oni błędu wielu innych sportowców - nie obiecali medalu, ale walkę. Niestety, poza meczem otwarcia, waleczności polska drużyna nie pokazała.

Po wygranym czterosetowym pojedynku z Włochami, gra Polaków wyglądała już tylko gorzej. Przegraną z Bułgarią można tłumaczyć słabszą dyspozycją tego feralnego dnia i zasadą, iż w każdych rozgrywkach musi pojawić się słabszy mecz. Ponadto, Bułgarzy w przeszłości niejednokrotnie zaskakiwali nas swoją znakomitą grą, której nie potrafiliśmy stawić oporu. W tym przypadku było jednak inaczej - przegraliśmy w głównej mierze z własnymi błędami i bardzo dobrze dysponowanym Tsvetanem Sokołowem.

Mecz z Argentyną wygraliśmy 3, jednak styl, jaki zaprezentowaliśmy pozostawiał wiele do życzenia. Polscy siatkarze grali bez energii, nie cieszyli się z wygranych punktów. Nawet Michał Winiarski zwrócił uwagę, iż zawodnicy utknęli w rutynie.

Spotkanie z Wielką Brytanią mogło nie być tak łatwe, jakby się to wydawało - grając z o wiele słabszym rywalem, trudno o koncentrację. Niemniej jednak, przy wysokim prowadzeniu w pierwszym secie, trener powinien pozwolić grać zawodnikom rezerwowym. Byłby to mecz sparingowy na najważniejszej imprezie w sezonie. Spotkanie nie zostało jednak potraktowane jako trening, a Polacy znów grali nierówno i nerwowo.

Wczoraj "niespodziankę" (jak skomentował to Krzysztof Ignaczak) sprawili zawodnicy Argentyny, wygrywając 3:1 z Bułgarią. To oznaczało, iż Polacy znaleźli się na pierwszym miejscu w grupie A (z perspektywą meczu z Niemcami). Po dzisiejszym spotkaniu z Australią, sytuacja ta jest już nieaktualna.

Reprezentanci Polski nie rozpoczęli meczu źle. Później pojawiły się jednak własne błędy, brak koncentracji (piłki notorycznie spadające na linie lub środek boiska) i bardzo złe rozegranie. Australijczycy grali natomiast z pasją, walczyli o każdą piłkę, nie mieli nic do stracenia. Gdy zła sytuacja z pierwszego seta powtórzyła się (a nawet wzmogła) w drugim, przestałam się niepokoić o utratę pierwszego miejsca w grupie, a o zwycięstwo w meczu.

Niestety, nie udało się wygrać. Martwi przede wszystkim styl, w jakim ponieśliśmy porażkę. Żaden z zawodników nie grał na optymalnym poziomie. Największe zarzuty mam jednak wobec Łukasza Żygadły. Nawet w zwycięskim secie trzecim, wystawiał on piłki na potrójny blok, wyrzucał zawodników za antenkę czy podejmował niewłaściwe decyzje. Co więcej, błędy te powtarzał seryjnie, zmuszając m.in. wrzuconego w siatkę Bartosza Kurka do trzykrotnego ataku przy potrójnym bloku.

Andrea Anastasi próbował zmienić nastawienie siatkarzy i prośbą, i groźbą. Gdy to nie pomogło, zaczął wprowadzać na boisko zawodników rezerwowych. Niestety, nie poprawiło to znacząco naszej słabej gry. Sytuacja mogłaby wyglądać znacznie lepiej, gdyby w meczu z Wielką Brytanią, trener pozwolił pograć dłużej zawodnikom drugiego składu.

(fot. PAP/Adam Ciereszka)

Mimo wszystko, decyzja o powrocie Łukasza Żygadły jest dla mnie niezrozumiała. Wiele naszych problemów wynikało właśnie z jego rozegrania.

Polska również sprawiła więc "niespodziankę" - przegrała z Australią.
Podczas towarzyskiego meczu w Atlas Arenie, podopieczni Andrei Anastasiego również mieli problemy z siatkarzami z Antypodów. Walczyli jednak do końca i to pozwoliło im zwyciężyć.

Fazę grupową zakończą najprawdopodobniej na trzecim, w najlepszym wypadku drugim, miejscu. W ćwierćfinale zmierzą się więc z Rosją lub Brazylią. Nie jest to sytuacja zła, ponieważ by być najlepszym, trzeba wygrywać z najlepszymi. Wierzę w naszych siatkarzy i wiem, że zrobią wszystko, by ten mecz wygrać. Jeśli jednak nie poprawią swojej gry, nie będą w stanie stawić czoła przeciwnikom, i tak jak w Pekinie mecz ćwierćfinałowy będzie ich ostatnim.

Oby się tak nie stało.
 

 
Memoriał Huberta Jerzego Wagnera jest jednym z najważniejszych siatkarskich turniejów towarzyskich (od 2008 roku jest nadzorowany przez CEV). Już od dziesięciu lat poprzedza Mistrzostwa Europy lub Świata. W tym roku odbył się tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie, a jego uczestnikami były reprezentacje: Polski, Argentyny, Iranu i Niemiec.

Pierwszego dnia Memoriału debiutująca w turnieju Argentyna mierzyła się z jego zwycięzcami z 2007 roku – Niemcami. Forma Argentyńczyków nie jest jednak jeszcze optymalna – przegrali mecz w czterech setach, popełniając wiele niepotrzebnych błędów. W spotkaniu wieczoru, polscy siatkarze pokonali reprezentantów Iranu, którzy nie wezmą udziału w Igrzyskach Olimpijskich. Iran to relatywnie słabszy zespół, niemniej jednak, Polska przegrała z nim mecz w trakcie zmagań o Puchar Świata. Warto więc było zmierzyć się z nimi ponownie.

Mecze, które odbyły się drugiego i trzeciego dnia udało mi się obejrzeć w Zielonej Górze. Hala w Centrum Rekreacyjno-Sportowym jest nieduża, ale dobrze zaprojektowana. Ma znakomitą akustykę i dobrą widoczność praktycznie z każdego miejsca – boisko znajduje się bardzo blisko trybun. Cieszę się, iż większość kibiców dopingowała również mecze bez udziału Polaków – wydaje się, iż atmosfera w hali zrobiła duże wrażenie na gościach z zagranicy. W trakcie turnieju promowano Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej, które odbędą się w 2014 roku w Polsce, a także zaprezentowano fotografie siatkarzy w ramach ich charytatywnej działalności dla Fundacji „Herosi”.

Spotkanie Argentyny i Iranu organizatorzy rozpoczęli od podziękowania za lata gry w reprezentacji Polski Sebastianowi Świderskiemu oraz wręczenia urodzinowego tortu libero reprezentacji Argentyny – Alexisowi Gonzalezowi. Pomimo, iż spodziewałam się wyraźnej przewagi Argentyńczyków, ich gra tego nie potwierdziła. Oba zespołu grały nierówno, tracąc punkty seriami. Luciano de Cecco popisywał się genialnym rozegraniem, by po chwili wystawiać bardzo nieczysto. W piątym secie, nie bez trudów, zwycięstwo odnieśli Argentyńczycy (mimo głośnego wsparcia publiczności dla reprezentantów Iranu).

W całym turnieju najciekawiej zapowiadał się mecz Polska – Niemcy. Emocjonujący pierwszy set zakończył się zwycięskim wynikiem 36:34. Druga partia również była bardzo wyrównana, jednak to polski zespół okazał się być lepszym. W trzecim secie, reprezentanci Polski mieli wyraźne problemy z przyjęciem atomowej zagrywki Grozera, co ostatecznie przełożyło się na przegraną do 17. Kolejny set Polacy wygrali jednak w dobrym stylu. Wynik 3:1 z potencjalnym przeciwnikiem ćwierćfinałowym Igrzysk Olimpijskich, nastraja optymistycznie.
Po meczu trener reprezentacji Niemiec – Vital Heynen – przyznał, iż jego zawodnicy nie zdołali wykorzystać szans, które dał im los. Wracając autobusem wraz z innymi kibicami, widzieliśmy go spacerującego z członkami sztabu ulicą Sulechowską.

Ostatni dzień turnieju rozpoczął mecz Iran – Niemcy. Siedziałyśmy w sektorze ochoczo wspierającym Niemców. Większość widzów liczyła jednak na niespodziankę ze strony reprezentacji Iranu, zwłaszcza, iż na boisku nie pojawił się György Grozer. Tak się jednak nie stało. Podopieczni Julio Velasco byli wyraźnie słabszym zespołem i nie zdołali wygrać seta. Ostatecznie, zakończyli swój występ w Memoriale na czwartym miejscu.

Spotkanie Polska - Argentyna było niestety bardzo jednostronne. Polscy siatkarze dominowali na boisku, mimo, iż nie pojawił się na nim Bartosz Kurek (bardzo dobrze bawił się w kwadracie dla rezerwowych). W dłuższej przerwie po drugim secie, byliśmy świadkami konkursu kibicowskich zagrywek i oświadczyn na płycie boiska. Trzecią partię podopieczni Andrei Anastasiego wygrali do 16. Polska odnosząc zwycięstwo we wszystkich meczach, znalazła się na najwyższym stopniu podium w końcowej klasyfikacji turnieju. Drugie miejsce zajęli Niemcy, a trzecie Argentyńczycy.


Ceremonię wręczenia nagród poprzedził pokaz taneczny. Jako pierwsze wręczono wyróżnienia indywidualne, którymi podzielili się Polacy i Niemcy. Najbardziej wartościowym zawodnikiem turnieju wybrano Bartosza Kurka. Nie zgadzam się z przyznaniem Łukaszowi Żygadle nagrody dla najlepiej rozgrywającego zawodnika. Uważam, iż wyróżnienie to należało się Luciano de Cecco (mimo błędów, które popełnił). Niemniej jednak, im więcej nagród indywidualnych dla nas, tym lepiej.

Memoriał Huberta Jerzego Wagnera był namiastką tego, czego możemy spodziewać się w Londynie. Były i błędy arbitrów, i bardzo emocjonalne reakcje trenerów. Przede wszystkim jednak była walka do końca, którą warto zobaczyć na żywo nawet na turnieju towarzyskim.



Wrażenia pozasportowe:

Uprawianie turystyki sportowej wiąże się z niezapomnianymi chwilami na meczach/w strefach kibica, ale też z wieloma trudnościami. Jedną z nich była kwestia noclegu, która dotknęła wielu kibiców. Gdy rezerwowałyśmy miejsce w pensjonacie, wolnych noclegów w Zielonej Górze było naprawdę niewiele. Dlatego, kiedy tydzień przed rozpoczęciem turnieju nasz hotel został zalany w powodzi, byłyśmy gotowe wynająć nawet apartament królewski lub własnościowe mieszkanie na jedną dobę. Na szczęście (w kwestiach sportowych sprzyja zawsze) udało nam się znaleźć wolne miejsce noclegowe – ponad dwa razy taniej, w bardzo przyzwoitych warunkach i do tego położone blisko dworca PKP, centrum miasta i hali sportowej.

Kolejną przeszkodą były, jak zawsze niezawodne, Polskie Koleje Państwowe. Nie potrafię zrozumieć, czemu z centralnej Polski do Zielonej Góry można jechać nawet ponad dwanaście godzin. Powinnam się chyba cieszyć, iż przesiadałyśmy się jedynie trzy razy. Pracownicy PKP mają natomiast zabójcze poczucie humoru – odpowiedź na pytanie: „Zdążymy?”, brzmiała: „Będzie trudno…”. Niemniej jednak bratanie się z innymi kibicami w pociągu i wylewającą się z niego biało-czerwoną falę ludzi będę mile wspominać.

Zielona Góra to bardzo ładne, zadbane miasto. Wrażenie robi zwłaszcza Stary Rynek i inne pobliskie ulice. Mnie szczególnie podobał się Kościół pw. Matki Boskiej Częstochowskiej.


Bardzo dobrze (przynajmniej z zewnątrz) prezentuje się także palmiarnia. Dużą zaletą jest komunikacja miejska – miasto zainwestowało w ekrany wyświetlające dane o połączeniach przy każdym przystanku i automaty biletowe we wszystkich autobusach. Ulgowy bilet całodobowy - 6zł, zobaczyć na wyświetlaczu „Dobry wieczór” i „Dobranoc” – bezcenne (jesteśmy przyzwyczajone do słowa: „Awaria”).

W Zielonej Górze spotkało nas również wiele absurdów. Od nocnego ratowania jeży, przez wieczne czekanie na zielone światło, do bardzo osobliwie pojmowanego marketingu, np. reklamowania zakładu kamieniarskiego słowami: „Nie najtaniej – najlepiej” nazwania ponurego kiosku z ubraniami „Sklepikiem z marzeniami” lub oferowania ścian do wynajęcia. Za absurd uważam również fakt, iż restauracje miasta słynącego z wina, mają jego niewielki wybór.


Życie nocne Zielonej Góry jest nie tyle ubogie, co krótkie. W sobotę większość lokali zamykano już o pierwszej w nocy. W obawie przed podobną sytuacją w niedzielę (wracałyśmy porannym poniedziałkowym pociągiem), zostawiłyśmy bagaże w skrytce na dworcu PKP i wybrałyśmy się na nocny pokaz „Prometeusza” (mała rada: lepiej nie zostawiać kurtki w walizce, gdy temperatura w nocy wynosi 12 stopni Celsjusza). Przed seansem obejrzałyśmy zza krat stadion żużlowy Falubazu Zielona Góra i widziałyśmy siatkarzy zmierzających autokarem na lotnisko. Kino znajdowało się w centrum handlowym i tu pojawia się kolejny absurd. Mimo późnej pory i zamkniętych sklepów, było tam naprawdę wiele osób (można to wytłumaczyć tylko wspomnianym krótkim życiem nocnym).

Zielonogórską starówkę poznałyśmy aż za dobrze, gubiąc się w nocy wśród jej małych uliczek zbyt wiele razy. Odkryłyśmy pub, w którym można spać na karimatach, wszędzie spotykałyśmy osoby w biało-czerwonych strojach i bawiłyśmy się w towarzystwie przedstawicieli lokalnej społeczności (pozdrowienia dla znawcy węży).

Powrót do Łodzi przebiegał bardzo pomyślnie. Przyczepienie do zasłonki kartki z napisem: „NIE SPAŁYŚMY 2 DOBY. JEŚLI SĄ WOLNE MIEJSCA W INNYCH PRZEDZIAŁACH, PROSZĘ NIE BUDŻCIE NAS. DZIĘKUJEMY!” działa.

Gorąco polecam weekendowe wypady siatkarskie.

Zdjęcia:
1)Fot. Mariusz Palczyński,
2)Fot. Mariusz Palczyński,
3)Polsko-Niemieckie Centrum Promocji i Informacji Turystycznej w Zielonej Górze,
4)Polsko-Niemieckie Centrum Promocji i Informacji Turystycznej w Zielonej Górze.
 

 
Początkowo miałam zatytułować wpis: "Udało się!", ale sugerowałoby to, że to szczęście pomogło siatkarzom w zdobyciu złotego medalu Ligi Światowej. Tak jednak nie było. Od początku rozgrywek polscy zawodnicy prezentowali znakomitą formę i ciężko pracowali na sukces. W Final Six potwierdzili swoją dominację. W finałowym starciu z reprezentacją Stanów Zjednoczonych charakter pokazali zwłaszcza w drugim secie, w którego końcówce zdołali odrobić straty i zwyciężyć.

W niedzielny wieczór niemal wszystko było idealne. Od wspaniałego stylu, w jakim Polacy wygrali turniej, przez śpiewających hymn Bartka Kurka i Pawła Zagumnego, rozbrzmiewające w trakcie spotkania: "Deszcze niespokojne" i "Pieśń o Małym Rycerzu", aż do nagród indywidulanych, "Mazurka Dąbrowskiego" i fetowania wspaniałego zwycięstwa.

Nawet wrogo nastawieni bułgarscy kibice w pewnym momencie przestali gwizdać. Sama organizacja turnieju pozostawiała wiele do życzenia, a incydentów z soboty nie będę przypominać. Dzisiaj liczy się tylko jedno: polscy siatkarze są najlepsi na świecie.

Polska. To brzmi dumnie.


(zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony internetowej CEV)
 

 
Sesja tej wiosny uderzyła we mnie ze zdwojoną (dosłownie) siłą. Objawiło się to nie tylko brakiem nowych wpisów, ale i nieobecnością na takich sportowych wydarzeniach, jak World Grand Prix w Łodzi czy Liga Światowa w Katowicach.

Po tak długiej nieobecności, nie sposób objąć tego, co wydarzyło się w siatkówce - postaram się mocno wytężyć pamięć.

Na początek: mecz towarzyski Polska - Australia w Atlas Arenie. Tak jak sądziłam - ceny biletów i ranga przeciwnika podziałały na kibiców odstraszająco. Co więcej, tego samego dnia rozpoczynały się Juwenalia Uniwersytetu Łódzkiego, a następnego miała odbyć się w Łodzi Gala KSW.

Wrażenia:
- po raz pierwszy widziałam niemal pustą Atlas Arenę (sądząc po minach siatkarzy wychodzących z szatni, również byli tym faktem zszokowani),
- siedzenie tuż przy boisku ma wiele plusów, ale również minusy (np. liczba dziewczyn na metr kwadratowy, które po prostu muszą zasłaniać boisko),
- pan Marek Magiera potrafiłby rozruszać nawet stypę,
- Bartek Kurek przy dźwiękach "Kalinki" posyła zagrywkę w siatkę.

Mecz z Australią był jednak jedynie testem przed znacznie ciekawszym turniejem - World League. I chociaż w grupie rywalizowaliśmy z Brazylią, trener i zawodnicy nie ukrywali, iż będą walczyć o medal na turnieju finałowym. W Sofii zagrają zwycięzcy czterech grup, gospodarz oraz drużyna z najlepszym dorobkiem punktowym, która uplasowała się na drugim miejscu w swojej grupie. Ze względu na zbliżające się Igrzyska Olimpijskie zmianie uległ system rozgrywania meczów - rywalizowano w czterech mini turniejach w każdym z krajów uczestnika grupy.

Pierwszy weekend z Ligą Światową oznaczał nieprzespane noce. Warto było jednak wytrwać z siatkarzami do końca, gdyż z turnieju w Kanadzie wrócili zwycięsko - po raz pierwszy od dziesięciu lat wygrali w meczu o stawkę z Brazylią. Mówiono jednak, iż nie jest to zasługa naszej znakomitej gry, ale słabej dyspozycji Canarinhos. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Brazylijczycy zostali pokonani przez debiutujących w Lidze Światowej Kanadyjczyków. Polacy udowodnili jednak, iż ich znakomita gra przeciwko reprezentantom Ameryki Południowej to nie przypadek, wygrywając turnieje w Polsce i Finlandii (Brazylijczycy pokazali wyższość jedynie na własnym boisku). W Tampere polscy siatkarze wygrali z Brazylią 3:1 - sukces ten nie został jednak należycie doceniony. W tym czasie ważniejsze było szukanie winnego za sportową porażkę polskiej reprezentacji na Euro (a także kwestia "rodzinnych biletów" Kuby Błaszczykowskiego).


Sytuacja w pozostałych grupach ma znamiona sensacji. Do Sofii nie pojadą bowiem obrońcy tytułu Rosjanie, a także Serbowie i Włosi. Sborna wykazała w tym przypadku brak konsekwencji. Początkowo, za cel stawiano sobie Igrzyska Olimpijskie, grając w Lidze Świtowej drugim składem. Gdy okazało się, iż w ten sposób nie można wygrywać z Kubą czy Serbią, Alekno postanowił ratować wynik. Na to było już jednak za późno.

W Sofii zagrają więc Polacy, Kubańczycy, Amerykanie, Niemcy, Bułgarzy oraz Brazylijczycy. Wczorajsza strata punktu przez Francuzów praktycznie przekreśliła ich szansę na występ w Final Six.

Występ gospodarzy oraz organizacja turnieju finałowego w Sofii stały pod znakiem zapytania. Bułgarska Federacja długo zwlekała bowiem z przekazaniem CEV należnych środków. Gotowość do organizacji turnieju zdążyła już zgłosić Serbia. Niemniej jednak, wszystko wskazuje na to, iż turniej finałowy odbędzie się w Sofii. Polacy będą rywalizować w grupie z Kubą i Brazylią. Bułgarzy będą zmagać się natomiast z relatywnie słabszymi przeciwnikami - takie już prawo gospodarza.

Reprezentacja Bułgarii boryka się ostatnio z wieloma problemami. Liczne odwołania i powołania Radostina Stojczewa, jego ultimatum wobec władz związku, odejście Mateja Kazijskiego czy protesty kibiców. Utrata FInal Six mogłaby być dla Bułgarii przysłowiowym gwoździem do trumny.

W World Grand Prix, Polki nie popisały się skutecznością na miarę panów. Brakowało im konsekwencji i koncentracji, co przekładało się na łatwe błędy. Ostatecznie, nie udało się zakwalifikować do Final Six. W Łodzi organizatorzy turnieju obawiali się o frekwencję na trybunach. Mimo rozpoczynającego się Euro 2012, w Atlas Arenie było więcej kibiców niż na towarzyskim meczu Polska - Australia.

Niestety, sesja uniemożliwiła mi dopingowanie siatkarek w Łodzi oraz siatkarzy w Katowicach. Nagrodą pocieszenia jest bilet na Memoriał Huberta Jerzego Wagnera w Zielonej Górze. Znalezienie noclegu na ten jeden lipcowy weekend, graniczy obecnie z cudem. Ceny w hotelach, na wzór tych na Euro 2012, wzrosły przynajmniej dwukrotnie. Odnośnie biletów - jeszcze tydzień temu można było kupić wejściówki na poranne mecze Polaków w rundzie kwalifikacyjnej IO w Londynie za jedynie 20 funtów. Brytyjczycy po prostu nie doceniają siatkówki.

Nie mogłabym ominąć tematu transferów. Najbardziej interesuje mnie oczywiście sytuacja PGE Skry Bełchatów. A sytuacja ta nie rysuje się w różowych barwach. Według Konrada Piechockiego do końca czerwca poznamy pełny skład zespołu. Dzisiaj jest ostatni dzień czerwca i mam nadzieję, iż wyjaśni się sprawa nowego rozgrywającego (którym nie będzie niestety Luciano de Cecco – zapewne wystraszyły go dziewczyny maltretujące go na Twitterze ). Mam również ogromną nadzieję, iż Bełchatowa nie opuści Marcin Możdżonek. Trochę za dużo byłoby tych osłabień w tym sezonie. Nowym przyjmującym Skry został natomiast kubańczyk Yosleyder Cala (wcześniej: VB Tours).

Z innych zaskakujących wiadomości - Zbigniew Bartman opuścił Jastrzębski Węgiel, by, tak jak w reprezentacji, grać w klubie na pozycji atakującego. Decyzja ta była o tyle szokująca, iż mogła oznaczać wyjazd Bartmana do Korei. Ostatecznie jednak w sezonie 2012/2013 Zbyszek będzie reprezentował barwy Asseco Resovii Rzeszów. Wiąże się to z koniecznością rywalizacji z Jochenem Schöpsem o występy w nominalnej szóstce. W drużynie mistrza Polski zagrają również Nikola Kovačević i Rafał Buszek. W Kędzierzynie-Koźlu zobaczymy natomiast trenerów Daniella Castellaniego (witamy ponownie) i Sebastiana Świderskiego oraz zawodników: Łukasza Wiśniewskiego, Felipe Fontelesa i Elvi Dalsiresa Contrerasa de los Santosa. Jastrzębski Węgiel tradycyjnie, jak co roku, wymienił pół składu. Nowymi zawodnikami będą: Simon Tischer, Damian Wojtaszek, Matteo Martino, Krzysztof Gierczyński i Radosław Zbierski. Radykalne zmiany zajdą również w Lotosie Treflu Gdańsk.

Duży problem stanowi sytuacja finansowa polskich drużyn. Zwycięzca pierwszej ligi – Stal Nysa – nie spełnia warunków pozwalających na grę w Pluslidze (o ile nadal będzie się tak nazywała po pojawianiu się nowego sponsora). W najwyższej klasie rozgrywkowej nie zagra również Fart Kielce. Bardzo trudna jest także sytuacja AZS-ów. Politechnice Warszawskiej udało się jednak pozyskać nowego rozgrywającego - Nemanję Stefanovića. Zamknięcie ligi miało wzmocnić jej profesjonalizm. Na razie jednak widzę w nim więcej wad, niż zalet.

Na koniec: wyniki losowania grup Ligi Mistrzów. Mistrz Polski będzie rywalizować w jednej z najsłabszych grup z drużynami: Arago de Sète, Remat Zalau i Bre Banca Lannuti Cuneo. ZAKSA ponownie zmierzy się z Trentino Volley, a także z Tours VB i Crveną Zvezdą Belgrad. PGE Skrę Bełchatów czeka natomiast spotkanie z Bartoszem Kurkiem w Dynamie Moskwa oraz z zespołami: Fenerbahce Stambuł i Tomis Konstanca.

Dla siatkarek los nie był szczęśliwy. Znalazły się w grupach z silnymi zespołami (Muszyna nawet w grupie śmierci). Co więcej, liczono na ominięcie kosztownych i dalekich podróży – tak się jednak nie stało, gdyż solidarnie polskie zespoły zmierzą się z drużynami z Azerbejdżanu.

Pozostaje kibicować siatkarzom w Final Six oraz:
 

 
Niestety, nie dla wszystkich. Polskie siatkarki przegrały w finale turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich. Porażka ta boli tak bardzo, ponieważ Polki prezentowały się wspaniale w fazie grupowej i meczu półfinałowym. Oczywiście, zastrzeżeń było mnóstwo. Przede wszystkim nierówna, szarpana gra, słaby atak (zwłaszcza z pierwszych akcji) czy masa własnych błędów. Dziewczyny nadrabiały jednak bardzo solidną zagrywką i niewiarygodnym blokiem. Umiały zachować zimną krew w najważniejszych momentach (tie-breaki z Rosją i Serbią). Grały wbrew oczekiwaniom siatkarskich ekspertów i kibiców. Przed rozpoczęciem turnieju spodziewano się, iż padną ofiarami "grupy śmierci" i nie znajdą się nawet w półfinale. Ci sami eksperci sceptycznie patrzyli również na zmianę ustawienia. Ostatecznie, dodatkowa siła w ataku (kosztem przyjęcia) opłaciła się.

Jednak dzisiaj dziewczyny nie pokazały tego, czym zawojowały ten turniej. Prowadząc w końcówce pierwszego seta, popełniły błędy i straciły koncentrację. Później było już tylko gorzej. Moje wrażenia z dzisiejszego meczu:
- Turczynki, zwłaszcza w pierwszym secie, były bardziej zdenerwowane niż Polki (które tego nie wykorzystały).
- Mam wiele zastrzeżeń do Alojzego Świderka. Przece wszystkim, za późno (lub wcale) decydował się na zmiany. Słabo dysponowane: Agnieszka Bednarek-Kasza i Anna Werblińska nie były zmieniane. Wprowadzenie Karoliny Kosek mogło przynieść pozytywny efekt, ale nie tak późno.
- Generalnie, nie podoba mi się specyfika turniejów w Turcji - sposób sędziowania miejscowych arbitrów czy bardzo agresywna publiczność. Zresztą, same Turczynki pokazały "włoską" mentalność w wymuszaniu decyzji na sędziach.
- Mam nadzieję, że w pamięci kibiców zostanie wspaniała postawa reprezentacji Polski w walce o igrzyska, a nie tylko ten ostatni, nieudany mecz.


Polki ominie olimpiada, ale już niedługo czeka je występ w World Grand Prix. W Łodzi spotkają się z pokonanymi niedawno Rosją i Serbią oraz Brazylią. Dla kibica siatkówki - grupa marzeń. Dlatego szokuje mnie, iż sprzedano do tej pory tak niewiele biletów. Ceny są przecież bardzo atrakcyjne. Za 3-dniowy karnet (6 meczów) należy zapłacić 40 lub 60zł. Bilet na pojedynczy dzień (dwa mecze) kosztuje natomiast od 20 do 30zł. Pozostaje mieć nadzieję, że Atlas Arena goszcząc największe gwiazdy kobiecej siatkówki, nie będzie świeciła pustkami.

Obawiam się o frekwencję również na meczu Polska-Australia. Wynika to przede wszystkim z rangi przeciwnika i nie dopasowanych do niej cen. Oczywiście, mecze reprezentacji mężczyzn w siatkówce są w cenie, ale czy nie jest to zbyt wiele w porównaniu z meczami kobiet? Co więcej, wielkimi krokami zbliża się Liga Światowa i większość kibiców uderzy na katowicki Spodek. Bez względu na wszystko, mam już bilet na mecz w Łodzi i mam zamiar, jak zwykle zresztą, bawić się wspaniale.

Pora nawiązać do ostatnich rewelacji transferowych. Jeszcze w trakcie finałów Plusligi mężczyzn dowiedzieliśmy się, iż gwiazda Asseco Resovii Rzeszów - György Grozer, zdecydował się na występy w rosyjskiej Superlidze (modny kierunek ostatnio, słowo daję). Siatkarz przyznał, iż chciałby spróbować gry w Rosji, ale nie ukrywał, że istotna była wysokość kontraktu (400 tys. euro za sezon). Następcą Grozera ma być Niemiec Jochen Schöps (wcześniej Iskra Odińcowo). Kolejny mistrz Polski kuszony przez Rosjan - Olieg Achrem - zdecydował się pozostać w Rzeszowie.

Spektakulany miał być również transfer Krzysztofa Ignaczaka i Łukasza Żygadły do Jastrzębskiego Węgla. Drugi rozgrywający Trentino, jak wielu innych, wybrał Rosję, a Igła przedłużył kontrakt z Resovią. Dużo mówi się również o rozpadzie Zaksy. Pierwszym symptomem miało być odejście jej długoletniego prezesa. Na razie jednak, oprócz Jiriego Popelki zespołu z Kędzierzyna nikt nie opuścił.

Na koniec zostawiłam najbliższą memu sercu PGE Skrę Bełchatów. Po niespodziewanym zakończeniu sezonu, wielu obstawiało rozbiór zespołu. Kontrakty przedłużyli jednak Michał Winiarski, Daniel Pliński, Karol Kłos i Paweł Woicki. Stało się natomiast to, czego spodziewało się wielu - Bełchatów opuścił Miguel Falasca. Choć decyzja jest jak najbardziej przygnębiająca, to wydaje się słuszna. Miguel ma już 39 lat i nie wiadomo jak długo grałby w najwyższej dyspozycji. Za wiekiem przemawia jednak również doświadczenie, a nagła zmiana rozgrywającego może być dla Skry niebezpieczna. Mam nadzieję, że bełchatowianie nie będą musieli żałować swojej decyzji, tak jak miało to miejsce w przypadku Stéphane'a Antigi. Możliwe również, iż ponownie zobaczymy ich razem w jedej drużynie - Delecta Bydgoszcz jest zainteresowana pozyskaniem byłego zawodnika PGE Skry Bełchatów.


Wśród potencjalnych następców Falasci miał znaleźć się Nikola Grbić (ten utytułowany zawodnik na pewno nie jest młodszy od Miguela). Serb rozwiał jednak wszelkie wątpliwości, przedłużając swój kontrakt z Cuneo. Kolejnymi kandydatami do gry na tej pozycji byli: Dejan Vincić i Fabian Drzyzga. Największe nadzieje wiążę jednak z siatkarzem uznawanym za najlepszego rozgrywającego młodego pokolenia - Luciano de Cecco. Argentyńczyk zgodził się ponoć grać w Polsce, ale jego transfer jest niepewny ze względu na operację ręki, jaka czeka go po olimpiadzie.

Kolejna "bomba" transferowa uderzyła kilka dni temu. W sieci pojawiły się informacje, iż sam Giba jest zainteresowany grą w Polsce. Wydaje się, iż ten wspaniały zawodnik zapragnął przed zakończeniem sportowej kariery zagrać przed polskimi kibicami. Niestety, jeśli nie obniży wymagań finansowych, marzenie o „symbolu siatkówki” w naszym kraju się nie ziści. Kwota, o jakiej mówimy – 400 tys. euro, to równowartość kontraktu Grozera w Superlidze.

Na koniec wieści transferowych – prawdziwe trzęsienie ziemi. Bartek Kurek najbliższe dwa sezony spędzi w Dynamie Moskwa. Obecny wicemistrz Rosji, to klub utytułowany, z wielką siatkarską historią i jeszcze większymi pieniędzmi. Kontrakt Bartka opiewa ponoć na milion euro (za dwa lata gry). Myślę jednak, że nie to skłoniło jednego z najlepszych polskich siatkarzy do przeprowadzki do Moskwy. Bartek potrzebował nowych wyzwań, zmiany, przygody. Jeśli nie teraz, to kiedy? Jak sam przyznał - nie założył rodziny, nie ma wielkich zobowiązań. Można by rzec – teraz albo nigdy.

Co do ligi rosyjskiej, to nie popieram zdania wielu ekspertów, iż jest to obecnie najlepsza liga na świecie i Bartek wiele się w niej nauczy. To samo tyczy się ligi włoskiej. O sile ligi - jej wyrównaniu - nie świadczą bowiem najlepsi gracze, ale „średniacy”. Czy Tytan AZS Częstochowa i AZS Politechnika Warszawska nie pokonały wszystkich rosyjskich i włoskich drużyn z średniej półki? Może i musimy się jeszcze sporo nauczyć, ale chyba najwyższy czas wyleczyć się z kompleksów. Czy to nie od nas Rosjanie uczą się systemu challenge, a Serie A jest zamykana na wzór Plusligi? Niemniej jednak sądzę, że gra z zawodnikami stosującymi bardzo siłowe rozwiązania dobrze zrobi Bartkowi.

Jestem pewna, że pewnego dnia nikt nie zawaha się powiedzieć, że jest on najlepszym siatkarzem na świecie. I wierzę, że zobaczymy go jeszcze w Skrze. Jak napisała moja koleżanka: „nie mówimy żegnaj, tylko do zobaczenia”.


Warto wspomnieć również o transferach w lidze kobiecej. Zapowiadano, iż z zespołu mistrzyń Polski – Atomu Trefla Sopot – odejdzie większość zawodniczek. Jak na razie, to nie zespół z Sopotu, a Bank BPS Muszynianka Fakro Muszyna wymienił połowę składu. Jaki przyniesie to efekt, dowiemy się w przyszłym sezonie.

Na koniec (choć powinnam to zrobić na początku), gratuluję Zaksie Kędzierzyn-Koźle brązowego medalu, a Deleccie Bydgoszcz piątego miejsca mistrzostw Polski

Miałam już kończyć, ale nie mogę nie nawiązać do wyboru polskiej piosenki na Euro 2012. Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony, „Koko koko Euro spoko” zespołu Jarzębina naprawdę mi się nie podoba. Tylko, czy można było wybrać lepiej? Po przesłuchaniu innych piosenek, stwierdzam, że można było przede wszystkim wybrać gorzej. Z piosenek na Euro najbardziej podoba mi się ta irlandzka.


Są już pomysły, by tak jak cały YouTube, ją przejąć. Zawsze możemy przecież śpiewać: YOU’LL NEVER BEAT POLES! Mniejsza o rym

Zdjęcia:
1)oficjalna strona FIVB,
2)oficialna strona Plusligi,
3)www.wrocalaw.naszemiasto.pl.
 

 

Gratuluję Asseco Resovii Rzeszów zdobycia Mistrzostwa Polski!

Doszukując się plusów: utrata tytułu powinna dać bełchatowianom motywację na następny sezon. Co więcej, (tymczasowa) zmiana lidera służy naszej lidze. Pokazuje, jak bardzo wyrównała się rywalizacja - coraz więcej drużyn walczy o najwyższe cele.

Ale to jeszcze nie koniec sezonu: trzymam kciuki za Delectę Bydgoszcz i Zaksę Kędzierzyn-Koźle. Niedługo również powinny zakończyć się spekulacje, a pojawić potwierdzone informacje transferowe.

A za pasem: sezon reprezentacyjny

Będzie dobrze
 

 
Do tej pory kibicowałam Skrze (i reprezentacji Polski) jedynie w łódzkich halach. Pozostałe spotkania oglądałam w Polsacie Sport. Wczoraj po raz pierwszy miałam przyjemność znaleźć się w bełchatowskiej hali Energia.

Pierwsze wrażenia: bardzo dobra widoczność chyba z każdego miejsca w hali. Do tego siedziałam najbliżej boiska w historii. Zapowiadało się niezwykle ekscytujące widowisko. Oczekiwałam, że porażka w pierwszym meczu zmotywuje mistrzów Polski do walki.

Ale po kolei. Przed rozpoczęciem finałów rozważano, ile spotkań będzie w stanie wygrać Resovia i jakie ma szanse zdetronizować aktualnych mistrzów. Choć przyznawano, że zespół z Rzeszowa osiągnął szczytową formę, to niewielu wierzyło w ich ewentualne zwycięstwo. I rzeczywiście, pierwszy mecz finałowy lepiej rozpoczęli bełchatowianie. Dominowali na boisku do końcówki drugiego seta. Wówczas załamała się gra mistrzów Polski (uważam, że gdyby odnieśli zwycięstwo w drugim secie, cały mecz zakończyłby się wynikiem 3). Zaniepokoił mnie styl, w jakim przegrali. Przestałam się jednak martwić, przypominając sobie, iż zawodnicy Skry ponieśli porażkę również w zeszłym roku (finały z Zaksą Kędzierzyn-Koźle).

Obrońcy tytułu(ów) pierwszy set środowego meczu rozpoczęli jednak bardzo stremowani. Raziła ich niska skuteczność, brak siły w ataku i niekończenie ważnych piłek. Do tego dochodziły spore problemy w przyjęciu, spowodowane mocną zagrywką rzeszowian. Zawodzili niestety podstawowi gracze Skry. Sytuację ratował jedynie Mariusz Wlazły i Daniel Pliński.

Drugi set zwiastował poprawę dyspozycji bełchatowian. Na pierwszą przerwę techniczną schodzili z wynikiem 8:4. Wówczas gra Skry po raz kolejny uległa załamaniu, przynosząc stratę dziesięciu punktów w jednym ustawieniu. Trzeci set można uznać za najbardziej wyrównany. Gra bełchatowian zdecydowanie się poprawiła. Zawodnicy sprezentowali nam jednak nerwową końcówkę, wygrywając ostatecznie 26:24.

Początek czwartego seta również można uznać za wyrównany. Do „słynnej” już akcji na 13:15 (13:16), kiedy sędzia obsługujący system challenge przyznał punkt rzeszowianom. Dopiero oglądając powtórkę meczu w domu mogłam zobaczyć, iż bloku faktycznie nie było. Uważam jednak, że ta jedna akcja nie była warta awantury, jaka jej towarzyszyła. Po pierwsze, system challenge został wprowadzony po to, aby sędziowanie stało się bardziej rzetelne. Miał on pozwalać podejmować decyzję w najbardziej spornych sytuacjach. W meczach finałowych został on nawet rozszerzony tak, by można było sprawdzić również blok (do czego moim zdaniem nie mamy jeszcze odpowiedniego sprzętu). Kolejna sprawa to fakt, że rozmawiać z sędziami może jedynie kapitan zespołu. Niestety, w przypadku Skry pod stanowiskiem sędziowskim wielokrotnie ustawiało się zbyt wielu zawodników. Tym razem, sędziowie stracili cierpliwość i przyznali żółtą kartkę Jackowi Nawrockiemu, z czym niestety się zgadzam. Jeśli chcemy udoskonalić rozgrywki, wprowadzając system challenge, to nie możemy kwestionować jego rozstrzygnięć, jeśli są dla nas niekorzystne. Owszem, w tym wypadku sędzia się pomylił, ale reakcja zawodników Skry była niewspółmierna. Sytuacja ta bardzo ich rozkojarzyła i do końca meczu zdołali zdobyć jedynie dwa punkty (w tym jeden w wyniku błędu Ticháčka).

Prawdziwa awntura o blok-którego-nie-było rozpoczęła się jednak po końcowym gwizdku. Grupa zawodników, trenerów i działaczy zebrała się przy stoliku sędziowskim. Bartek Kurek wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Dopiero oglądając polsatowską powtórkę, usłyszałam, jakie padły wówczas słowa i muszę przyznać, że nie ma dla nich żadnego wytłumaczenia. Wiem, że właśnie przegrali mecz (do czego nie są przyzwyczajeni), a cała sytuacja miała bardzo emocjonalny charakter, ale mistrzom Polski, ba - żadnym siatkarzom, nie przystoi obrażać sędziów. Dzisiaj na stronie internetowej PGE Skry Bełchatów ukazało się oświadczenie, w którym klub, sztab i zawodnicy przepraszają za swoje zachowanie.

Bełchatowianie nie przegrali meczu przez jedną akcję – byli po prostu słabsi. Pozostaje mieć nadzieję, że dwa przegrane mecze zadziałają na nich mobilizująco. Wybieram się oczywiście na, dla mnie nieunikniony, piąty mecz

Słów kilka o dopingu. Wiem, że wielu sympatyków siatkówki uważa, że kibicowanie powinno ograniczać się do okrzyków, bicia brawa i machania flagami. Stanowczo się z tym nie zgadzam. Przecież to właśnie wspaniała zabawa na trybunach i oprawy meczowe wyróżniają Polskę jako siatkarską Mekkę. Nie da się więc ukryć, że byłam rozczarowana prowadzeniem dopingu w hali Energii. Kibicowanie w Łodzi przyzwyczaiło mnie do szalonych pomysłów prowadzących, licznych fal czy pieśni. Nic takiego nie miało miejsca na wczorajszym meczu. Mimo, iż Klub Kibica był obficie wyposażony w mikrofony, to głośniejsi wydawali mi się kibice Resovii. Pieśń „W górę serca Bełchatów wygra mecz” śpiewali nieliczni. Cóż, zwykle niewiele z tego, co dzieje się na trybunach znajduje się w relacji telewizyjnej. W tym przypadku, może to i dobrze.

(Fot: Łukasz Grochala, CYFRASPORT, NEWSPIX.PL)

Wracając do aspektów sportowych: remis w rywalizacji o brązowy medal między Jastrzębskim Węglem a Zaksą Kędzierzyn-Koźle. Niestety Delecta przegrała już dwa mecze o piąte miejsce z Tytanem AZS Częstochową (oba w tie-breaku).


Nie mogę nie wspomnieć o bardzo istotnym wydarzeniu – dymisji Bogdana Wenty. To prawda, ostatnie turnieje kończyły się dla polskich piłkarzy ręcznych porażkami. Nie można jednak zapominać o wspaniałych dokonaniach kadry Wenty. Dla mnie jest to trener-symbol. Odkrył piłkę ręczną dla całego mojego pokolenia. Wraz z jego odejściem kończy się pewna era (zwłaszcza, że niektórzy piłkarze zamierzają zakończyć kariery reprezentacyjne). Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kolejna będzie jeszcze lepsza.

(Fot. Sebastian Borowski, NEWSPIX.PL)
 

 
O tym, która drużyna zatriumfuje w Lidze Mistrzów dowiedzieliśmy się najwcześniej. W końcu przyszedł czas na rozstrzygnięcia w zmaganiach o Puchary CEV i Challenge.

W pierwszym z nich, Asseco Resovia Rzeszów mierzyła się z utytułowanym Dynamem Moskwa. Jak wiadomo, pojedynek ten nie zakończył się szczęśliwie dla zespołu z Podkarpacia. Niestety, pierwszy krok w stronę przegranej Resovia zrobiła już we własnej hali. W całym meczu zawodnicy grali bardzo nierówno, mając duże problemy z przyjęciem mocnej zagrywki Rosjan. Pomimo tego, byli bliżej zwycięstwa. Jednak prowadząc 12:8 w piątym secie, stracili koncentrację i ulegli zespołowi z Moskwy do 13.
Przed meczem w stolicy Rosji, trener i zawodnicy Asseco deklarowali dobre przygotowanie, zwłaszcza do przyjmowania atomowych zagrywek. Sami rozpoczęli spotkanie od mocnych serwisów. Bardzo dobrą dyspozycję wykazali zwłaszcza György Grozer i Olieg Achrem. Niestety, jednostronne rozegranie (do Grozera) szybko się na Resovii zemściło, powodując stratę punktów. Zespół nie wykorzystał również przewagi w końcówce trzeciego seta. Doprowadził jednak do tie-breaka, w którym dużo wyższy poziom utrzymali Rosjanie. Dynamo wygrało drugi mecz, unikając pełnego niespodzianek złotego seta i tym samym, zdobywając Puchar CEV. Warto również dodać, iż niejednokrotnie gospodarzom sprzyjali sędziowie. Niestety, 2012 rok jest kolejnym, w którym polska drużyna nie zdołała wywalczyć Pucharu CEV.

Podobnego problemu nie mogło być w przypadku zmagań o Puchar Challenge, ponieważ w finale znalazły się dwie polskie drużyny - Tytan AZS Częstochowa oraz AZS Politechnika Warszawska. Znamiennym jest, iż oba zespoły zmagały się w ciągu sezonu z poważnymi problemami finansowymi (pamiętne kamizelki zawodników Politechniki). Co więcej, są to drużyny akademickie, w których niemal wszyscy zawodnicy to Polacy. Uważam, że "urodzaj" młodych, utalentowanych zawodników, którzy zdobyli już pierwsze doświadczenia na arenie międzynarodowej, bardzo dobrze służy polskiej siatkówce.

W pierwszym meczu, Politechnika Warszawska przegrała z Tytanem Częstochową 3:1 i wszystko wskazywało na to, że częstochowianie z łatwością zwyciężą również u siebie. Nic bardziej mylnego. Należy pamiętać, iż drużynie z Częstochowy zdarzało się seryjnie tracić punkty, zwłaszcza jeśli za przeciwnika miała właśnie Politechnikę. Tak stało się również w tym przypadku – Częstochowa, prowadząc 2, uległa zespołowi z Warszawy 2:3.
Początek złotego seta wskazywał na trumf Politechniki, ale i w tym momencie los się odmienił. Kontuzja libero drużyny z Warszawy, była tego pierwszym zwiastunem. Częstochowianie nie potrafili (nie chcieli?) wykorzystać zaistniałej sytuacji i omijali zagrywką nierozgrzanego drugiego libero. Przy wyniku 13:10 dla Politechniki doszło do pomyłki sędziowskiej, po której częstochowianie odrobili straty, wygrali złoty set i zdobyli Puchar Challenge. Gdyby nie błąd sędziego, Politechnika miałaby cztery piłki meczowe i najprawdopodobniej wykorzystałaby jedną z nich.

Warto wspomnieć również o podziale miejsc w Europejskich Pucharach. O tym, ile miejsc w tych rozgrywkach otrzyma dany kraj, decyduje łączna punktacja, jaką uzyskał w trzech poprzednich sezonach. Punkty przydziela się w zależności od tego, które miejsce w danych rozgrywkach pucharowych osiągnął krajowy zespół (zespoły). Polskie drużyny zajęły w sezonie 2011/2012: drugie miejsce w Lidze Mistrzów, drugie miejsce w Pucharze CEV oraz pierwsze i drugie w Pucharze Challenge. Stanowi to sporą zaliczkę punktową. Niemniej jednak należy pamiętać o tym, iż do zestawienia nie zalicza się tylko obecny sezon (w tym wypadku, Rosja powinna znacznie zmniejszyć dystans punktowy do Włoch).

Na koniec: faza play-off w Pluslidze. Wielkimi krokami zbliżamy się do ostatecznych rozstrzygnięć. Już dzisiaj Skra Bełchatów może zostać pierwszym finalistą, a Delecta Bydgoszcz przybliżyć się do zajęcia piątego miejsca w lidze.

Ach, zapomniałabym! Na włoskich parkietach niespodziankę sprawił zespół Kuby Jarosza – Andreoli Latina. Zakwalifikował się do półfinałów Serie A. Kuba zaliczył bardzo udany występ, zwłaszcza w pierwszym spotkaniu kwalifikacyjnym. W drugim, Andreoli pokonało Casę Modenę (obecny zespół Łukasza Kadziewicza) 3:1. Niestety, prawdopodobieństwo, iż Andreoli Latina znajdzie się w finale jest znikome. Ich następnym przeciwnikiem będzie Itas Diatec Trentino. Niemniej jednak, trzymam kciuki za dobry występ Kuby Jarosza przeciwko zespołowi z Trydentu.
 

 
Zacznę jednak nie od wspaniałej postawy Delecty Bydgoszcz w sezonie 2011/2012, ale od głównego budowniczego jej sukcesu - Stéphane'a Antigi. Jego transfer do Polski zdecydowanie wniósł nową jakość na siatkarskie parkiety. Myślę, że śmiało można go uznać za ikonę PGE Skry Bełchatów. Razem z bełchatowskim klubem zdobył czterokrotnie tytuł mistrza Polski. Dlatego tak trudno było mi uwierzyć w to, że Skra nie przedłużyła z nim kontraktu. To prawda - coraz częściej spędzał mecze na ławce rezerwowych. Dlatego tuż po ogłoszeniu decyzji o zakończeniu współpracy Skry ze Stéphanem, uznałam tłumaczenie o szukaniu wzmocnień za satysfakcjonujące.

Z perspektywy końca sezonu, zastanawiam się jednak, czy decyzja ta była aby słuszna. Po pierwsze, nowi zawodnicy Skry (Aleksandar Atanasijević, Konstantin Cupković i Wytze Kooistra) większość meczów spędzali na ławce. Najczęściej na boisku pojawiał się Aleksandar Atanasijević. Jest to jednak wciąż bardzo młody i niedoświadczony siatkarz. Skoro więc nie wykorzystuje się "wzmocnień", to czy koniecznością było przejście Stéphane'a do innego klubu?

W Bydgoszczy szybko stał się on naturalnym liderem drużyny. Zespół składający się w większości z młodych polskich zawodników sprawił w tym sezonie nie małą niespodziankę w Pluslidze, zajmując czwarte miejsce po zasadniczej fazie rozgrywek. Szczerze wierzyłam, że Deleccie uda się pokonać Jastrzębski Węgiel i awansować do półfinału. Niestety, bydgoszczanie nie zakwalifikowali się do najlepszej czwórki.

Pierwszym niepokojącym symptomem była przegrana drugiego meczu w Bydgoszczy, mimo, iż Delecta prowadziła już 2. Sytuacja powtórzyła się również w meczu trzecim, dając Jastrzębiowi prowadzenie w fazie play-off.

W ostatnim spotkaniu, bydgoszczanie walczyli nie tylko z drużyną ze Śląska, ale również z grypą żołądkową. Nie ukrywam, że mam żal do trenera, który nie zmieniał zawodników, pomimo ich słabej dyspozycji. Stéphane Antiga niemal słaniał się na nogach, a dobrze zagrywający Michal Masný walczył ze skurczami.

Nie udało się namieszać w najlepszej czwórce polskiej ligi piłki siatkowej. Pozostaje trzymać kciuki, by Delecta zdobyła piąte miejsce, premiowane występem w zmaganiach CEV Challenge Cup.


(zdjęcie pochodzi z oficialnej strony internetowej Delecty Bydgoszcz)
 

 
Dzień drugi (18.03.2012)

Poranny przegląd Internetu (zwłaszcza, o zgrozo, onetowych komentarzy) mnie podminował. Dominowała opnia, że Skra gładko przegra mecz finałowy. Wierzyłam jednak, że siatkarze pokażą na, co ich stać. Szczególnie, gdy inne polskie drużyny (Asseco Resovia Rzeszów, AZS Częstochowa oraz AZS Politechnika Warszawska) również wygrały sobotnie mecze w Europejskich Pucharach.

Pierwszy mecz drugiego dnia rozpoczął się przewidywanym zwycięstwem drużyny z Trydentu. Zwykle kibicuję słabszym zespołom. Tak było i tym razem. Smaczku dodawał fakt, iż w Trentino Volley gra najbardziej przeze mnie nielubiany polski siatkarz - Łukasz Żygadło. Byłam jednak w zdecydowanej mniejszości - publiczność kibicowała Włochom. Po meczu odbyła się ceremonia dekoracji zdobywców brązowych medali (lepszym rozwiązaniem byłaby wspólna dekoracja trzech najlepszych drużyn).

Drugi mecz nie rozpoczął się dla nas pomyślnie. Siatkarze Skry byli bardzo zdenerwowani i przegrali pierwszy set do 15. Niemniej jednak pokazali, że o zwycięstwo będą walczyć do końca, wygrywając dwa kolejne sety. Po drugiej przerwie technicznej w secie czwartym, niemal nikt w naszym sektorze nie siedział. Tuż przed pierwszą piłką meczową, byłam pewna, że wygramy mecz. Zepsuta zagrywka i jej następstwa, oznaczały nieprzewidywalny tie-break.

Nie będę narzekać na sędziów z powodu ostatniej akcji w meczu. W piątym secie mieliśmy trzy niewykorzystane okazje na skończenie tego spotkania. Co więcej, Skra prowadziła już 5:1, co, jak na tie-break, stanowi znaczną przewagę. Niestety, zawsze trzeba liczyć się z tym, że sędzia nie zauważy danej sytuacji lub podejmie błędną decyzję (odebrał w ten sposób punkty Zenitowi).

Niemniej jednak, gdy sędzia z Serbii zakończył spotkanie, Atlas Arena zamarła. Patrzyłam na rozgoryczonego Pawła Zatorskiego, nie wierząc w to, co się stało. Bardzo wiele osób natychmiast wyszło z hali. Po kilku minutach pokazano nam na telebimie powtórkę ostatniej akcji, z której wynikało, że po dotknięciu palca Rosjanina, piłka wyszła w aut. W tym momencie w Atlas Arenie zawrzało. Jeszcze nigdy nie widziałam, by kibice siatkarscy zachowywali się w ten sposób. Gwizdy i wycie skutecznie zagłuszały spikera, także podczas ceremonii medalowej. Przed nią, niewiele osób patrzyło z uwagą na przygotowany przez organizatorów pokaz artystyczny.

Od tego momentu, nie pokazywano już na telebimie zbliżeń. Najwyraźniej realizatorzy zdali sobie sprawę, iż pokazanie powtórki nie było dobrym pomysłem. Widok płaczących w trakcie dekoracji siatkarzy, mógłby tylko bardziej rozwścieczyć tłum.


Byłam jedną z nielicznych osób, która biła brawo Rosjanom, gdy wchodzili na podium. Uważam, iż nawet jeśli Bierieżka przyznał się później do dotknięcia piłki, to cała sytuacja nie była winą Rosjan, a jako zwycięzcom, należy się im szacunek.

Po obejrzeniu powtórki w Polsacie Sport, mogę jedynie dodać, iż siatkarzy Skry zwiodły niestety emocje. Nie słuchali trenera w ważnych momentach meczu. Co więcej, popełnili wiele błędów – zepsuli w tym dwadzieścia zagrywek.

Jeśli chodzi o wyróżnienia indywidualne, to z całym szacunkiem dla rosyjskiego libero, lepszy turniej rozegrał Paweł Zatorski. Nie zgadzam się również z przyznaniem Mariuszowi Wlazłemu nagrody dla najbardziej wartościowego zawodnika. Moim zdaniem, zasłużył na nią Maksim Michajłow (mimo, iż zagrał lepiej w spotkaniu półfinałowym niż w niedzielnym).

Niestety nie udało się wygrać meczu „u siebie”. Dla mnie jednak, siatkarze Skry są zwycięzcami. Zagrali bardzo dobre spotkanie i odnieśli historyczny sukces. Jeśli zachowają taki poziom, wygrana za rok lub dwa jest w zasięgu ręki.


(zdjęcie pochodzi z Facebooka Skry Bełchatów)
 

 
Dzień pierwszy (17.03.2012)

Od początku marca (bilet zakupiłam dokładnie pierwszego) nie mogłam się doczekać tego dnia. Żeby, Boże broń, nie spóźnić się na mecz otwarcia, wyjechałam z domu już o 11:30 (trzy godziny przed rozpoczęciem). W tramwaju nie byłyśmy jedynymi osobami zmierzającymi na mecz (jechałam razem z koleżanką). Pogoda była piękna i wszystko zwiastowało nadchodzące zwycięstwo. Siatkarze grali wprawdzie dość nerwowo, co dało o sobie znać zwłaszcza w słabszym trzecim secie, ale wygrana 3 mówi sama za siebie. I nie ma dla mnie znaczenia, iż zespół Arkas był, nie tylko teoretycznie, najsłabszą drużyną w rozgrywkach. Cały czas bardzo irytują mnie komentarze, że Skra znów kupiła sobie finał. Po pierwsze, zgodziła się na organizację po wyraźnej prośbie CEV. Po drugie, warto mieć finał u siebie, choćby po to, by mogło go zobaczyć te 13 000 kibiców. W jakim innym kraju cieszyłby się taką popularnością?

Plusy:
- zwycięstwo!
- dobra organizacja przy wejściach do hali (nie było długich kolejek, a "odprawa" przebiegała bardzo sprawnie),
- strefa kibica - według organizatorów siedziało w niej około 2000 kibiców, którym nie udało się kupić biletów. Była tam scena i telebim, na którym wyświetlano mecz oraz sklep kibica. Oczywiście, można było również zjeść i napić się piwa,
- prowadzenie dopingu - duet Magiera&Kułaga naprawdę dawał z siebie wszystko. Dwa punkty kulimancyjne: skakanie, trzymając barki obcych osób i taniec w rytm "Ai se eu te pego" (po czym normalnie paliłabym się ze wstydu),
- bardzo dobre miejsca i brak gwiżdżacych osób w okolicy (strasznie irytują mnie gwizdy, gdy drużyna przeciwna jest przy piłce lub zdobywa punkt),
- wielu siatkarzy i innych znanych osób na widowni,
- wygrana Zenitu Kazań, któremu kibicowałam w drugim meczu wieczoru. Sądząc z "adin, dwa, tri" nie byłam jedyna. Duże wrażenie wywarła na mnie gra Maksima Michajłowa.

Minusy:
- konieczność wstawainia co minutę, gdyż mój rząd miał chyba najwyższy współczynnik wychodzenia w trakcie meczu. Słowo daję, przecież są przerwy!
- incydent z "kibicami" ŁKS-u, którzy prowokowali fanów siatkówki w przerwie między meczami,
- dość pijani kibice, siedzący dwa rzędy poniżej nas (kompletnie by nie przeszkadzali, gdyby co chwilę grupowo nie wstawali, starając się zostać uchwyconym przez kamerę).

Podsumowując, to był wspaniały dzień!